Nowości

Mówiłam, że będą, zatem są. Moje biedne coś bez tytułu, chwilowo będące "*", miało być w założeniu urban fantasy. Co wyjdzie, to się okaże, bo nigdy nie udało mi się tego napisać w całości... Właściwie to nawet w połowie; a teraz wprowadzam różne poprawki.
Więc po kolei.

skomentuj (5)

**

Jeszcze tego samego wieczoru Laura spotkała się z Karioką. Jechały autobuem, siedząc na przeciwko siebie i patrzyły za okno, zatopione w swoich myślach. Zaczęło padać.
Laurę wciąż zastanawiał spotkany na uczelni nieznajomy, jego niezwykle zielone oczy i charakterystyczny uśmiech.
- Zupełnie jak kot z Cheshire - mruknęła. - Przecież bym go zapamiętała.
- Co mówisz? - Karioka leniwie oderwała wzrok od okna.
- Widziałam dziś takiego chłopaka na kampusie... Na pewno go nie znam, zapamiętałabym - uśmiechnęła się krzywo, a Karioka uniosła brwi z zainteresowaniem. - Przypomina kota z Cheshire... I patrzył się na mnie, jakbyśmy się znali. Sama nie wiem.
- Podryw?
- Wątpię. To nie ten typ, który by się mną interesował.
- I co, uśmiechnął się, znikając, a uśmiech unosił się jeszcze przez jakiś czas w powietrzu?
- Nie zdziwiłabym się, gdyby tak było. A swoją drogą, wpadł w oko Lilce - roześmiała się Laura, a Karioka pokręciła głową.
- To może być ciekawe - odpowiedziała, i wstała, gdy autobus zatrzymał się na przystanku.
- Chyba, że już go nie spotkamy - zripostowała Laura, wysiadając za przyjaciółką.

Księżyc był kumplem, głód był kolegą, tak przwędrował sto mil



skomentuj (3)

*

Znad Wisły nadeszła mgła, spowijając mlecznym całunem kampus Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Gdzieś w niej zagubiły się budynki, drzewa i studenci, pozostawiając po sobie aurę nieprawdopodobieństwa.
Z niewielkiej cukierni przycupniętej przy jednym z akademików wyszła dziewczyna, zapinając krótką, czarną kurtkę. Rozglądała się wokół z zachwytem, a potem ruszyła powoli jedną ze ścieżek, czując wilgoć osiadającą na włosach i materiale ubrania. Powietrze było przyjemnie, odświeżająco chłodne.
- Hej, Płomyk! Płomyk! Płomyk, mówię do ciebie! – usłyszała za sobą i obejrzała się.
Ścieżką szła druga dziewczyna. Jedną ręką grzebała w ogromnej, pasiastej torbie, a drugą machała wesoło. Miała czarne, kręcone włosy i olbrzymie, kolorowe kolczyki.
- Uf, dogoniłam cię. Myślałam, że już mnie nie usłyszysz. Nad czym tak myślisz?
- Podoba mi się ten widok. Ta mgła jest taka… nierealna. Jakby nasz świat w ogóle istniał, w każdym razie nie dosłownie. Trochę jak w historiach o Aes Sidhe.
Jakby wszystkie magiczne istoty wybrały właśnie ten moment, by wyjść na ziemię, pomyślała.
Laura, zwana Płomykiem, była znana z marzycielskich skłonności i niespełnionych literackich zapędów. Często zatapiała spojrzenie w bliżej nieokreślonym punkcie, nieobecna duchem pomimo towarzystwa kolegów z roku. Dlatego teraz jej towarzyszka z tłumionym rozbawieniem wzruszyła ramionami i ruszyła dalej, nie przejmując się wymysłami koleżanki.
- Muszę jeszcze dokończyć wykres na zajęcia. A ty, Płomyk? – zapytała Laurę.
- Nie… Dokończyłam go poprzednio – odpowiedziała dziewczyna z opóźnieniem, odrywając się od swoich marzeń.
- O, to świetnie. Pomożesz mi z nim, co?
- Jasne, Lil.
Kiedy Laura nie bujała w obłokach, ani nie czytała kolejnych książek, była towarzyskim, energicznym stworzeniem, o zmiennych, burzliwych nastrojach. Ludzie zazwyczaj lubili jej towarzystwo, wybaczając jej nagłe wyłączanie się z rozmów i zamyślenie.
Teraz także odpłynęła myślami, nieuważnie słuchając radosnej paplaniny Lilki. Chłonęła mglistą, czarowną atmosferę kampusu, gdzie wśród mlecznych oparów i niewyraźnych budynków na moment wyłaniali się studenci, by kawałek dalej znowu zaginąć bez śladu.
Jej uwagę przykuł chłopak, stojący w bezruchu niedaleko od ścieżki, którą szły. Gdy przechodziła obok niego, uśmiechnął się drwiąco, patrząc Laurze prosto w oczy. I choć miała pewność, że nigdy wcześniej się nie spotkali, było w nim coś niepokojąco znajomego.
To spojrzenie jasnych, zielonych oczu utkwiło jej w głowie.
Lilka nachyliła się konspiracyjnie do koleżanki.
- Znasz tego gościa?
- Przelotnie – odpowiedziała szybko Laura, czerwieniąc się nieznacznie. – Widziałam go już na Leśnym.
- Szkoda. Niezły jest. Masz szczęście do przystojniaków, co, Płomyk? Chyba wpadłaś mu w oko.
Laura z zażenowaniem wzruszyła ramionami.
- Nie podejrzewam.
Liliana z wyższością pokiwała głową.
- Zacznij się doceniać, dziewczyno. Przecież to widać. – Zerknęła na zegarek. – Chodźmy już, bo nie zdążymy z tym wykresem.


Wieczorem nad miastem zbierały się ciemne, burzowe chmury. Wiatr szarpał płaszczami przechodniów, a na brunatnym niebie wyraźnie odcinał się most, oświetlony potężnymi reflektorami wzdłuż grubych, pomarańczowych lin. Z okien autobusów rozciągała się panorama na centrum miasta, skąpane w resztkach czerwonawego światła. Wieżowce ze szkła i stali zgodnie otaczały Pałac Kultury, a ich wierzchołki ginęły w ciemnościach. Sam Pałac, kamienny i niewzruszony, błyszczał jasno pośrodku miasta. Większość osób wpatrywała się w niego nieświadomie.
Wraz z zachodzącym słońcem zza dachów zniszczonych domów i zaniedbanych bloków wychylały się ciemne, pomarszczone twarzyczki małych potworków, podobnych do rzeźbionych gargulców. Rozsiadały się wygodnie, rozglądając po mieście szeroko otwartymi oczami. Niektóre iskały się wzajemnie, inne ludzkim gestem pocierały czoła. Nieliczne prostowały ocalałe, pogniecione skrzydła.
I wciąż ich przybywało.

skomentuj (1)

Dramatis personae

Ludzie

Laura/Płomyk - studentka SGGW, rok III, o niespełnionych pisarskich ambicjach. Lubi sobie wyobrażać wszystko, co nie istnieje, tak samo jak alternatywne wersje tej samej rzeczywistości. Łatwo (zbyt łatwo) odpływa myślami.
Karioka - najlepsza przyjaciółka Laury, studentka UW, rok II. I choć Laura twierdzi, że to Karioka pisze zdecydowanie lepiej, sama zainteresowana nie znosi, gdy ktoś ją pyta o opowiadania. Sprawia wrażenie twardej, niezależnej kobiety, aczkolwiek łączy je z Laurą wiara w inne światy, miejsca i ludzi.
Liliana - najlepsza koleżanka z roku Laury. Lubi wszelkiego rodzaju wyjścia: do kina, teatru, opery, pubu, czy klubu i wszędzie czuje się jak w domu. Bardzo dba o swój wygląd i uwielbia Vonneguta.



Nieludzie


Nathaniel
Adam

skomentuj (0)

Dream is so close to me

iPod: Liquido – Narcotic
Z westchnieniem ulgi zająłem miejsce w autobusie, kładąc plecak na kolanach, i założyłem słuchawki na uszy. Za oknem padał deszcz, a Wisła wyglądała raczej ponuro, brudną szarością zlewając się z pochmurnym niebem. To zapewne kiepski wybór pogody na jakikolwiek początek.
Gdyby nie to, że właściwie lubię deszcz.
Plecak był dość wypchany, ale lżejszy, niż sądziłem. Udało mi się opanować stare nawyki i zabrałem ze sobą tylko dwie książki, wychodząc z założenia, że i tak nie powstrzymam się od kupna kolejnych. Jedną był „Zen i sztuka oporządzania motocykla”, drugą „Franny i Zooey”. I cały czas wydawało mi się, że zapomniałem czegoś ważnego. Ale miałem ze sobą portfel, książki, iPoda i ulubioną kurtkę. Wszystko inne można było jakoś zastąpić. Żadnych powodów do zmartwień.
Odprężyłem się i odpłynąłem myślami.
Lubię swoją wyobraźnię. Lubię patrzeć przez okno i między spływającymi kroplami deszczu oglądać inną rzeczywistość. Myśleć, kim mógłbym być i co bym robił w tym innym, dziwnym życiu. Teraz wyobrażałem sobie, jak konno opuszczam rodzinną posiadłość, niesforny dziedzic, znudzony monotonią rodzicielskiej opieki. Wiosna dopiero rozkwita zielenią, wdycham chłodne powietrze i rozglądam się wokoło, ciesząc się wolnością. Wizja niewiele odbiegała od prawdy, zmieniłem tylko oprawę, cofnąłem się o jedną porę roku i kilka epok.
To nawet nie było dobre wyobrażenie.
Rozgoniłem je, szukając czegoś lepszego, ale nie mogłem się skupić. Błądziłem myślami od obrazu do obrazu, żadnego nie kończąc. Zanim udało mi się porządnie zastanowić, przejechałem most i parę kolejnych przystanków, zbliżając się do dworca.
Wciąż nie zdecydowałem, czym miałbym jechać dalej. Jeszcze wysiadając z autobusu i zarzucając plecak na ramię nie wiedziałem, co właściwie wybiorę. Gdybym choć chwilę się zastanowił, doszedłbym do wniosku, że nie zdecydowałem się nawet co do celu podróży. Ale nie zastanowiłem się. Nie odczuwałem potrzeby solidnego przygotowania, czy zaplanowania całej trasy.
Chciałem jechać. Chciałem zdać się na żywioł i zobaczyć, co spotka mnie po drodze. Jakiś plan był, na szczęście wystarczająco ogólny, by zadowalał moją potrzebę spontaniczności.
Wszedłem do hali, zerkając na tablicę odjazdów pociągów. Nic na niej nie zwróciło mojej szczególnej uwagi. Postałem chwilę, przyjrzałem się długim kolejkom i wzruszyłem ramionami, kierując się w stronę autobusów. Ten, który wybrałem, miał przyjechać za kwadrans. Kupiłem chipsy i oparłem się o słupek, z plecakiem pod nogami i książką w ręku. Autobus był czysty, nowy i całkiem przyjemny. Razem ze mną wsiadało sporo ludzi, ale pomimo to udało mi się zająć miejsce koło okna. Nikt też się do mnie nie dosiadł, przynajmniej do następnego miasta. Nawet wtedy nie zwróciłem uwagi na współpasażera, czytając. Cóż, „Zen…” to świetna książka.
Mijaliśmy kolejne miasta, wsie i lasy. Kiedyś byłaby to długa, poważna podróż i zapewne jadąc tędy konno nie pokochałbym deszczu. Ale pomimo tego, że mogłem tak szybko pokonać tak dużą odległość, w tamtych konnych czasach byłbym bardziej niezależny. Szybciej zdany na samego siebie.
Kiedy nigdzie nie jest daleko, bezwiednie zaczynamy coś tracić.
Rozumiałem Pirsiga z jego skłonnością do motocykli. Wyobrażałem sobie łączące nas podobieństwa. On także nie chciałby niczego utracić. A już na pewno nie tej szalonej niezależności, o której snułem tyle marzeń.
Nie czytałem już, patrząc tylko w bezruchu gdzieś ponad kartki. Dopiero głód ściągnął mnie na ziemię. Zamknąłem książkę, kładąc ją na kolanie i sięgnąłem do plecaka po bułki. Dziewczyna, która siedziała obok, poruszyła się, zerkając na okładkę. Jej oczy rozbłysły radością i zaciekawieniem.
- Zen – powiedziała z uznaniem w głosie. Wyraźnie znała tę książkę.
- Tak, rzeczywiście – potwierdziłem, nie chcąc wyjść na kompletnego gbura. Wtedy pierwszy raz na nią spojrzałem. Kto by przypuszczał, pomyślałem, widząc kolejną książkę na jej kolanach. „Norwegian Wood” Murakamiego. Preferowałem inną powieść tego autora, ale ta też była niezła. Dziewczyna najwyraźniej miała dobry gust.
iPod: 3 Doors Down – When I’m Gone
Zdjąłem słuchawkę z ucha i zaczęliśmy rozmawiać. Była oczytana i bardzo inteligentna. Miała też dość śmieszny nawyk potrząsania głową, żeby poprawić grzywkę.
W Rzeszowie mieliśmy dłuższy postój, a ja wyszedłem rozprostować nogi. Chodziłem po dworcu, rozglądając się wkoło i doszedłem do wniosku, że nigdy tak naprawdę nie widziałem Rzeszowa. Nie spodziewałem się po nim zbyt wiele, był zbyt podobny do innych dużych miast, a mimo to coś kusiło mnie, żeby tu zostać. Sprawdziłem rozkład autobusów i podjąłem decyzję.
Wróciłem do autobusu, a dziewczyna podniosła głowę znad książki. Sięgnąłem po plecak i kurtkę.
- Wysiadasz już?
- Postanowiłem pozwiedzać miasto – przytaknąłem. Pokiwała głową. – Do zobaczenia – dodałem z uśmiechem.
Chyba chciała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się.
- Jasne – powiedziała tylko.
Autobus odjechał, a ja zostałem sam w obcym mieście. Cudowne uczucie. Wciągnąłem głęboko powietrze w płuca i ruszyłem w stronę domniemanego centrum miasta. Pora coś zjeść, pomyślałem.
Później, wczesnym wieczorem, wsiadłem do innego autobusu, jadącego prosto do Sanoka. Zadzwoniłem do brata.
- Słyszałem, że jesteś teraz w Bieszczadach.
- Owszem. A co, młody, chcesz przyjechać?
- Zasadniczo to jestem już w autobusie – roześmiałem się. – Wyjechałbyś po mnie na dworzec? Będę koło dziesiątej.
- Dobra. Do zobaczenia.
Rozłączyliśmy się, a ja wyciągnąłem się w fotelu. Gdybym miał krótsze nogi, byłoby nawet wygodnie.
Lubiłem samotne podróże. W ogóle lubiłem być sam. Nie musiałem wtedy znosić głupoty innych ludzi, a prawie tak samo jak głupota, denerwowało mnie ich pragnienie zła. Byłem pewien, że nawet towarzystwo tej dziewczyny z autobusu na dłuższą metę byłoby tak samo męczące jak wszystkich pozostałych. Większość ludzi, których kiedykolwiek poznałem, była jednakowo egoistyczna, podstępna (sprytem iście zwierzęcym), a przede wszystkim ciasno ograniczona. Jaki miałbym cel w przebywaniu z nimi? Nie miałem pozytywistycznych tendencji do pracy u podstaw i nie wierzyłem też w ich skuteczność. Ludzie byli zawsze tacy sami i robiłem, co mogłem, by odciąć się od jak największej ich części.
Spędziłem w Bieszczadach kilka dni na samotnych wędrówkach po okolicy i wieczornych partiach szachów z bratem. Obawiam się, że wygrał większość z nich.
Góry były piękne jak zawsze, ale nie miałem ochoty dłużej tu zostać. Moją obecność u brata trudno było uznać za nieprzewidywalną, a na dokładkę ciężko nazwać prawdziwą podróżą. A ja chciałem odbyć podróż. Odbyć podróż, a nie odwiedzać rodzinę.
A jednak zrobiłem to drugie. Jeśli to siła przyzwyczajenia, nadeszła pora, by ją pokonać. Miałem dosyć bezpiecznego gniazdka i cichych, przewidywalnych posunięć. Sądzę, że wizyta u brata, który nigdy nie zadawał mi pytań, pomogła otrząsnąć się z wpływu tych wszystkich ludzi w mieście, ludzi, których nie akceptowałem. Nie reprezentowali sobą żadnych trwałych wartości, właściwie nie mieli w sobie nic godnego szacunku.
Pożegnałem się z bratem i ruszyłem okrężną, bieszczadzką trasą do Przemyśla. Tam, w tym ładnym, nastrojowym mieście spędziłem kolejne dwa dni, aż w końcu moje plany nabrały wystarczająco wyraźnego kształtu. Wrocław. Z tą decyzją ruszyłem na dworzec, poszukać pociągu.
I kupiłem kolejną książkę.
iPod: Nightwish – Wish I Had an Angel
Przechadzałem się po peronie, mijając pojedynczych ludzi, tak samo jak ja oczekujących na pociąg. Na każdej ławeczce ktoś siedział, ale pomimo to dworzec nie wydawał się zatłoczony.
Obejrzałem się nagle. Kto by pomyślał, że tu ją spotkam.
Na najbliższej ławce siedziała dziewczyna, z którą jechałem autobusem. Na kolanach miała rozłożoną książkę, ale patrzyła na mnie, najwyraźniej tak samo zaskoczona jak ja. Podszedłem do niej.
- A jednak miałeś rację – przywitała mnie z uśmiechem.
Zanim zdążyłem zapytać, o co jej chodzi, przyjechał pociąg. Usiedliśmy w jednym przedziale, ułożyliśmy bagaże i dopiero, gdy pociąg ruszył, zadałem pytanie.
- Z czym miałem rację?
Popatrzyła na mnie rozkojarzona, a potem plasnęła dłonią w czoło.
- Już wiem! Chodziło mi o to, że wtedy w Rzeszowie powiedziałeś „do zobaczenia”. Nawet chciałam cię poprawić, powiedzieć, że już nigdy się nie spotkamy, że ludzie tak się nie spotykają znienacka, ale dałam sobie spokój, bo właściwie po co o tym mówić? A tutaj, minął tydzień i spotykamy się ponownie. Nie uważasz, że to coś niezwykłego? Zazwyczaj takie rzeczy się nie zdarzają.
Spojrzała za okno, splatając włosy w dwa kucyki.
- Czemu się nie zdarzają? Masz setki filmów o drugich szansach i przeznaczonych spotkaniach – zaśmiałem się. – Najwyraźniej jest to naturalne zjawisko dla rodzaju ludzkiego, powinniśmy tylko się zastanowić, o czym to spotkanie świadczy dla nas dwojga.
Popatrzyła na mnie rozbawiona.
- Można i tak… Ale na twoim miejscu nie wierzyłabym tak we wszystko, co pokazują na ekranie. Widzisz, ja to widzę tak. Z reguły człowiek ma jedną szansę. Spotykasz kogoś, coś czujesz. Co, to już zależy, zainteresowanie, fascynację, jakieś poczucie przywiązania, obojętnie tak naprawdę, ważne, że zaczyna ci zależeć. Teraz od ciebie zależy, co z tym fantem zrobisz. Możesz spróbować coś zadziałać, podejść, porozmawiać, wymienić się numerami telefonów, cokolwiek. Możesz też się krępować, albo po prostu zignorować to wszystko. Jednak takie sytuacje potem człowieka męczą. Myślisz „a co by było, gdyby”, albo zastanawiasz się, czy i kiedy spotkasz tamtą osobę jeszcze raz. Oczywiście próba kontaktu może zakończyć się nie tylko niepowodzeniem, co jakąś przykrością, ale wtedy należy sobie powiedzieć „widocznie tak miało być, trudno, przynajmniej nie będę żałować, że się nie odezwałam”, no i naprawdę nie ma czego żałować. Nie ma się powodu, by wypominać sobie niepodjęte decyzje. Była jakaś taka mądrość, czy coś… jak to brzmiało? Coś w stylu, że lepiej żałować czynów, niż tego, że się nic nie zrobiło. Nie wiem, może masz inne podejście do życia, może ty filmowo spotykasz tę samą osobę kilka razy, ja w życiu nie miałam takiego szczęścia, po prostu kilka z nich przemknęło bez śladu.
Nagle zaczerwieniła się i zaczęła nerwowo przeglądać rzeczy w torbie.
- Przepraszam, że tak cię zagaduję. To w ogóle nic ważnego, nie zwracaj na mnie uwagi.
- Dlaczego? To było ciekawe.
Wyciągnęła książkę, obdarzywszy mnie najpierw krzywym uśmiechem.
- To świetnie.
- Nie, naprawdę. Po prostu nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałem.
Nie odpowiedziała. Wyjęła odtwarzacz mp3 i zaczęła czytać.
Naprawdę nigdy się nie zastanawiałem. Nie, wróć. Po prostu za każdym razem dochodziłem do wniosku, że i tak bym się rozczarował. Skądinąd zapewne miałem rację.
Myślałem nad tym dłuższy czas, nim podjąłem decyzję. Poczekałem, aż dojdzie do końca rozdziału i przerwałem jej.
- Słuchaj, a gdybym postanowił zrobić eksperyment i wypróbował twoją filozofię?
Zmarszczyła brwi.
- Teraz?
- A widzisz lepszy moment? W końcu to już drugie spotkanie, nawet w filmach nie można tego marnować.
Rozśmieszyłem ją i skinęła głową. Wyciągnąłem rękę.
- Gabriel.
- Anita.
- Jedziesz do Wrocławia?
- Tak. Jak rozumiem, ty też?
- Owszem.
- Na długo?
Wzruszyłem ramionami.
- Jeszcze nie wiem. Tak naprawdę, nie mam dokładnego celu podróży. Chcę coś zmienić, gdzieś pojechać, coś zobaczyć i niczym się nie przejmować. Wyjechałem z domu, bo chciałem się uwolnić. Nie ma o czym mówić.
Milczała chwilę, a potem rozmawialiśmy o głupstwach. Kiedy dojeżdżaliśmy do Wrocławia, pomyślałem, że chyba miała rację.
- Twój eksperyment się najwyraźniej powiódł – powiedziałem, gdy znaleźliśmy się na dworcu. Uśmiechnęła się, ale pomimo to wydawała się zafrasowana. W końcu podniosła głowę.
- Słuchaj, mam pomysł. Skoro nie wiesz, gdzie chcesz jechać, ani co robić, to może wybierzesz się ze mną? Jadę niedługo do Czech, samochodem. Możesz się dołączyć.
Zaniemówiłem. A po chwili omal nie powiedziałem „nie mam paszportu”. Idiota.
Ona najwyraźniej inaczej odebrała moje milczenie i chyba pożałowała spontanicznej oferty.
- To była tylko taka luźna propozycja, wiesz – zbagatelizowała, poprawiwszy torbę na ramieniu. – Jakbyś się namyślił, to masz mój numer. To cześć!
- Zaczekaj! – Złapałem ją za ramię. – Gdzie się tak spieszysz? Nie odezwałem się, bo wdałem się w głupie rozważania o paszportach, zresztą, nawet nie pytaj. Czasem nie grzeszę inteligencją.
iPod: Carolina Liar – Show Me What I’m Looking For
- No nie wiem. Jak uważasz.
- Uważam, że to pomysł warty przedyskutowania. I może niekoniecznie na dworcu. Nie wyjeżdżasz przecież już dzisiaj, prawda? Może spotkalibyśmy się jutro?
Patrzyła na mnie, jakby nie wiedziała, czy ma większą ochotę się obrazić, czy jednak spotkać. W końcu odpowiedziała niepewnie.
- Jeśli naprawdę masz ochotę…
- Mam. Jakbym nie miał, już bym odmówił, zaręczam ci.
Nagle jej twarz się rozpogodziła.
- Zabawnie mówisz. „Owszem”, „zaręczam”. Bardzo mi się to podoba.
- Chociaż jedna rzecz – prychnąłem.
Podała mi adres i umówiliśmy się w kawiarni. Pojechałem do kumpla, a w międzyczasie zastanawiałem się, czy na pewno wiem, co robię.
iPod: Marilyn Manson – Sweet Dreams
Chociaż przyszedłem przed czasem, Anita już na mnie czekała. Słuchała muzyki, a na stoliku przed nią leżał szkicownik. Była tak zamyślona, że nawet nie zauważyła mojego nadejścia.
Robili tam pyszne cappuccino.
Przez dłuższy czas rozmawialiśmy o niczym. Muszę przyznać, że dobrze czułem się w jej towarzystwie. Nie zachwiało to moimi poglądami. Nigdy nie twierdziłem, że żaden człowiek na świecie nie jest interesujący, po prostu jest ich nieproporcjonalnie miało, a wręcz ta ilość opiera się o błąd statystyczny, zatem nie ma sensu poświęcać czasu na ich poszukiwanie. Co prawda ona znalazła się sama… Ale to może co najwyżej potwierdzić moją teorię.
- To kiedy wybierasz się do Czech?
- Za dwa dni. Akurat zrobię pranie.
- Chciałbym z tobą pojechać.
Sam nie wierzyłem w to, co mówię. Ale pragnąłem zrobić coś szalonego, a na tyle wzdrygałem się przed tym pomysłem, że zdecydowanie podpadał pod definicję.
- Ze mną.
- Z tobą. Do Pragi, czy gdzie ty tam właściwie jedziesz.
- Do Pragi też. Do Dvur Kralove.
- Nie mam zielonego pojęcia, gdzie to. Ale jak pojadę, to się dowiem.
- Lubisz zwierzęta?
Pytanie wydawało mi się zupełnie bezsensowne. Zamrugałem kilka razy i z głębokim zastanowieniem przejrzałem dostępne odpowiedzi.
- Karaluchy nieszczególnie…
- Miałam na myśli takie większe. Żyrafy, nosorożce, tygrysy, takie tam.
- Lubię. Czemu pytasz?
- Pojedziemy do Dvur zobaczyć Zoo. Nadal chcesz jechać?
Wzruszyłem ramionami. Co może być złego w oglądaniu tygrysów?
- A czemu nie?
To najwyraźniej był kamień milowy w naszej rozmowie. Potem już było tylko łatwiej i przyjemniej. W końcu zapytałem o szkicownik. Przysunęła go obronnym ruchem ręki, głaszcząc okładkę.
- Lubię rysować. Sprawia mi to przyjemność.
- Ale rysujesz hobbystycznie, czy może wiążesz z tym jakieś poważne plany? – Chciałem zobaczyć jej rysunki, ale po tym, jak kurczowo trzymała ten zeszyt, nie trzeba było być błyskotliwym, żeby zgadnąć, że taka prośba byłaby nie na miejscu.
- Raczej hobbystycznie. – Przez moment wyglądała, jakby toczyła ze sobą zawzięty pojedynek i przegrała. – Chociaż, to nie jest takie proste.
- Czemu? Rysujesz, żeby się odprężyć i zapomnieć o codzienności, tak? Przynajmniej ja to tak widzę. Ale wiadomo, że mężczyźni są prości, więc nie będę obstawał przy swoim nieskomplikowanym spojrzeniu na świat.
Prychnęła.
- Rzeczywiście, to było bardzo nieskomplikowane, nawet jak na mężczyznę.
- Mówiłem już, że nie grzeszę bystrością umysłu.
- Jeszcze trochę, a chyba uda mi się w to uwierzyć.
Machnąłem ręką, kryjąc uśmiech.
- To jak jest z tym rysowaniem?
- Wiesz, nie robię tego zawodowo, ani nie planuję nic podobnego, ale to nie jest tak, jak przedstawiłeś. Rysowanie jest jak… Jak część mojej duszy, jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi. Nie mogłabym przestać tego robić, bo znalazłam sobie ciekawsze hobby. I nie jest też tak, że robię to tylko wtedy, gdy sprawia mi przyjemność. Czasem strasznie bluźnię, rysując, a czasem niedostatek umiejętności przyprawia mnie o złość i gorycz, ale nie mogłabym przestać. Bo… niby jak? Myślę, że gdybym naprawdę, naprawdę przestała rysować, to znaczy, że coś by mnie złamało.
Chyba dopiero wtedy naprawdę mnie zainteresowała.
- Masz coś takiego? – Pytanie wyrwało mnie z zamyślenia.
- Przepraszam…?
- Coś, co byłoby dla ciebie tak ważne, że byłoby częścią ciebie.
- Bo ja wiem… - Naprawdę zacząłem się nad tym poważnie zastanawiać. Czy istniała jakaś rzecz, która byłaby dla mnie niezastąpiona? Nic nie przychodziło mi na myśl, ale najbardziej zaskoczył mnie smutek, jaki z tego powodu poczułem. – Nie wydaje mi się. Może jestem zbyt płytki na takie uczucia.
Pokiwała głową, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi. To dopiero zabolało! Zresztą, nie znoszę być przewidywalny.
- Myślę, że każdy coś takiego w sobie ma, albo może mieć. Tylko po prostu nie każdy już to odnalazł.
To akurat był frazes, ale wielkodusznie wybaczyłem jej tę wpadkę. Trudno wymagać, by w kółko popisywała się elokwencją. Już i tak zbyt wiele razy dała mi do myślenia.
Szczerze mnie to niepokoiło.
Miałem dziwne wrażenie, że pomysł tego wyjazdu do Czech był wbrew wszelkim instynktom samozachowawczym. Z drugiej strony, właśnie dlatego kurczowo trzymałem się tego postanowienia. Ale przeczucia stawały się coraz bardziej mroczne.
iPod: Korn – Word Up!
Tuż przed wyjazdem kupiłem kolejną książkę, tym razem opracowanie popularnonaukowe o Ameryce prekolumbijskiej. Z książką w ręku dotarłem na parking, gdzie się umówiliśmy. Rzecz jasna, Anita znowu dotarła na miejsce przede mną, ale tym razem może to i lepiej. Kiedy podszedłem, była zajęta upychaniem torby w bagażniku i rozmową przez telefon.
- Tak mamo, zabrałam… Nie, nie zamierzam tam jechać, niby po co? O, wiesz co, przyszedł kolega… Tak. Tak. Mamo, proszę cię, chciałabym już się zebrać. Mhm… Dobrze. Dobrze, zadzwonię. Tak. No, to cześć. Tak, mamo! Cześć.
W międzyczasie zapakowałem jej torbę i swój plecak.
- Zastanawiałam się, czy nie zmienisz zdania – powiedziała na powitanie.
- A powinienem?
- Nie mam pojęcia, Ale równie dobrze mogłeś się rozmyślić, mieć inny, ciekawszy pomysł na wakacje, czy co tam jeszcze.
- Czasami mówisz coś tylko po to by mówić, prawda?
Roześmiała się.
- Chyba tak. Nieważne. Wsiadaj, pora ruszać.
Samochód skądinąd nie był szczególnie imponujący, ale tego należało się spodziewać. Ruszyliśmy, a niedaleko za Wrocławiem Anita zaczęła szukać czegoś koło skrzyni biegów.
- Może ci pomóc?
- Tu gdzieś powinna być moja mp3. Lubię słuchać muzyki jak prowadzę. Może podłączyłbyś ją do radia?
- Widzę. Chcesz czegoś konkretnego posłuchać? Mogę przejrzeć?
- Sama nie wiem. Przejrzyj, chociaż nie wiem, czy coś ci się spodoba.
Rzeczywiście, zestaw muzyczny zaskoczył mnie zupełnie.
- Soundtracki Disneya?
- Disney ma fajną muzykę, co chcesz.
- Nic. Zasadniczo też lubię bajki.
- Naprawdę? – Ucieszyła się jak małe dziecko. – Ostatnio oglądałam „Zaczarowaną”. Nawet ściągnęłam soundtrack do niej, powinien być gdzieś na odtwarzaczu. Widziałeś ten film?
- Nie. Obawiam się, że nie jestem na bieżąco.
- No to obejrzyj, jak będziesz mieć okazję. Prześliczny jest.
- Jasne. – Pokręciłem głową, przeglądając playlistę. Piosenki z bajek, z anime, soundtracki z „Mamma Mia” i „Underworldu”… Budka Suflera, Perfect, T.Love i Zagrobelny. – Interesujący zestaw polski.
- Co? A, to po to, żebym miała co pośpiewać. Po angielsku śpiewać nie będę. Ale pozwól, że nie będę śpiewać publicznie.
Mp3player: Disney’s Sleeping Beauty – Once Upon a Dream
Z wyjazdu pamiętam głównie śliczne, pocztówkowe widoki i ogrody zoologiczne. W życiu nie obejrzałem żadnego zoo tak dokładnie, jak wtedy z Anitą, ale muszę przyznać, że było ciekawie. Złociste popołudnia, cytrynowe lody, wybuchy śmiechu na moście Karola, praskie metro i autobusy, którymi poruszaliśmy się po mieście, szkice, które pozwoliła mi obejrzeć – zwierząt, które oglądaliśmy, a także fantastycznych bestii, pół zwierząt, pół ludzi, zwierząt połączonych w najdziwniejszych kombinacjach, lew skrzyżowany z nietoperzem, pancerne jaguary przemykające dzikie puszcze, a większość z tych szkiców naprawdę robiła na mnie wrażenie.
I wieczorne rozmowy, przy piwie w którymś z niezliczonych czeskich pubów, albo na mieście, gdy podziwialiśmy nocne, rozświetlone miejskie panoramy.
- Dlaczego jesteś takim samotnikiem?
- Bo lubię.
- To nie jest odpowiedź. Myślę, że bardziej niż lubić być sam, nie przepadasz za ludźmi.
- Owszem, nie przepadam za ludźmi. Preferuję swoje własne towarzystwo.
- Czemu? Uważasz, że są nudni, głupi?
- Raczej, że są głupi i źli. Nie sądzisz, że poszliśmy drogą nadmiernych skrótów myślowych?
- Chyba rzeczywiście. Od początku. Czemu unikasz ludzi? Zawsze trzymasz się na dystans, głównie wszystkich obserwujesz.
- Obserwacja jest dla mnie ciekawszym zajęciem, niż uczestniczenie. A jako uczestnik straciłbym dystans, prawda? A co do unikania… - Wzruszyłem ramionami. Sam nie wiedziałem, czy chciałem rozmawiać na ten temat. Ale właściwie, dlaczego nie? – Po prostu większość ludzi nie reprezentuje sobą żadnych wartości, niczego, co mógłbym w nich cenić. Są ograniczeni w swoim myśleniu, skupieni nie dość, że tylko na sobie, to na dokładkę nie są w stanie myśleć długofalowo. O skomplikowanych eksperymentach myślowych nie wspominając. I tylko błyszczą swoim sprytem, jak jakieś dzikie, przebiegłe zwierzęta. Powiedziałbym wręcz, że to ludzie epatują zwierzęcością, prostacką i egoistyczną, której zwierzęta nie posiadają. Zwierzęta przypominają anioła z „Tajemniczego przybysza” Twaina, nie znają dobra, ani zła, ale nie są prostackie, tylko piękne, są sobą.
- Nie wszyscy ludzie są tacy.
- Truizm – odpowiedziałem bez namysłu. – Jasne, że nie wszyscy. Ja taki nie jestem. Mój brat. Ty taka nie jesteś. Chyba. – Puściłem do niej oko. Uśmiechnęła się z rozbawieniem. – Ale to generalnie nie zmienia poglądu na świat. Wyjątki są na tyle nieliczne, że nie warto dla nich znosić tej całej prostackiej masy. Nie widzę żadnych powodów, by tolerować ludzi. Chociaż nie lubię dźwięku tych słów, można powiedzieć, że są źli i lubią być tacy. Dlaczego miałbym się nimi interesować?
- I na dokładkę lubisz być sam?
- Lubię. Lubię nieograniczoną przestrzeń wokół mnie. Poczucie wolności. Chciałbym czasem być taki jak Pirsig.
- Wiesz, ale on nie dyskredytował ludzi.
- Nie o to mi chodziło. Chodzi mi o niezależność i swobodę. O takie specyficzne poczucie samego siebie.
- Niezależność.
- Tak, o niezależność najbardziej. Chcę być nieskrępowany. A jeśli nałożę sobie jakieś więzy, to ja się na nie decyduję, a więc w pewnym sensie wciąż pozostaję niezależny.
- Masz bardzo zdecydowane poglądy.
- I jak sądzę, zupełnie odmienne od twoich, równie zdecydowanych.
- Jakiś ty bystry – popatrzyła na mnie kpiąco.
- Co, nie mam racji?
- Ależ oczywiście, że masz.
- To opowiedz mi o swoich poglądach, a ja postawię ci piwo.
- Stoi – zaśmiała się. – Myślę, że trudno spotkać człowieka naprawdę złego. W przeciwieństwie do ciebie uważam, że większość ludzi jest nie tyle podła, co po prostu bezmyślna. Mogą być chciwi, przebiegli, skupieni tylko na sobie, ale uważam, że to też jest swojego rodzaju bezmyślność. Nie wiem, czy uwierzysz, ale ja też mam czasami dosyć ludzi. Czasem wydaje mi się, że w ogóle nie umieją myśleć. To rzeczywiście jest złe, ale nie uważam, że czyni jednostkę złą.
- Uważasz, że czyny nie mają wpływu na osobę? To bardzo specyficzny pomysł. Tego się nie spodziewałem.
- To nie tak. Strasznie wszystko upraszczasz. Po prostu nie są to czyny przemyślanie złe, gdybyś większość ludzi zapytał, oni wcale nic złego nie chcieli zrobić, tylko po prostu nie pomyśleli.
- Jak na mój gust, to jeszcze gorzej.
- Cóż… Właściwie masz rację.
- Idę po piwo. To było zbyt przygnębiające, by tego nie przepić.
A jednak kiedy wracałem z piwem, wciąż jeszcze o tym myślałem.
- Skoro właściwie twoje zdanie o ludziach też nie jest szczególnie budujące, to czemu jesteś taka otwarta?
Uśmiechnęła się promiennie.
- Z dwóch powodów. Żeby nie przegapić takich ludzi jak ty. I dlatego, że od każdego człowieka można się czegoś nauczyć. Tak mi się wydaje.
Szczerze mówiąc, jej poglądy budziły we mnie zmieszanie. Byłem tym wszystkim zdeprymowany i chyba trochę nieszczęśliwy. Ale wakacje były cudowne. Przedłużyliśmy je, jadąc do Krakowa, wspólnie zwiedzając księgarnie i dyskutując o Murakamim nad pizzą.
iPod: 3 Doors Down – Let Me Be Myself
Niedługo po tym, jak się pożegnaliśmy, wróciłem do mieszkania mojego znajomego, które zajęliśmy na te parę dni. Na stole zobaczyłem szkicownik, chyba najważniejszą rzecz dla Anity. Postanowiłem więc wracać do domu przez Wrocław, by nie rozpaczała zbyt długo nad zgubą. Ale kiedy trzymałem go w ręku, nad otwartym plecakiem, nie mogłem się oprzeć i zacząłem go kartkować.
Niektóre rysunki już widziałem, choć większość tylko jako szkice, a teraz były już pokolorowane. Niektóre były mi nieznane, ale utrzymane w podobnej tematyce. Na niektórych zaś byli ludzie, a nieliczne z nich najwyraźniej przedstawiały mnie samego.
Kiedy miałem już odłożyć zeszyt, zobaczyłem luźną kartkę, wystającą zza tylnej okładki. Zajrzałem tam i zaniemówiłem.
Rysunek był prosty i śliczny, i jako jedyny ze wszystkich, które widziałem, został wykonany farbami. Na środku stał chłopak i dziewczyna, najwyraźniej w autobusie, albo tramwaju, trzymając się drążków ponad głowami. Ona stała trochę bokiem, lekko zarumieniona, może onieśmielona, on był obojętny, chyba nawet jej nie zauważył, zamyślony, zamknięty w sobie.
Gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości co do tożsamości obydwu postaci, Anita zadbała o szczegóły. Miałem na sobie swoją ulubioną kurtkę, plecak zwisający z ramienia, rozchełstaną koszulę i koraliki na szyi. Nawet włosy były podobnie niesforne, nieporządne.
Ona była oddana z równą starannością. Plisowana spódniczka, skórzana torba przewieszona przez ramię, włosy splecione w dwa kucyki i grzywka opadająca na twarz. Wszystkie te detale z pewnością rozwiałyby wątpliwości, gdybym w ogóle miał jakieś. Wpatrywałem się w rysunek jak zahipnotyzowany.
Odwróciwszy kartkę zobaczyłem podpis.
Dream is so close…
Pamiętam jedną swoją myśl. Chciałem zachować ten obrazek na zawsze.

(iPod: Nightwish – Moondance. W drodze.)


skomentuj (0)

Serce Kaedavera

Kaedaver był synem władców żywiołów ognia. Podzielili między siebie miłość niczym aspekty mocy, a z pasji ich uczuć narodziło się dziecko pozbawione ciepła.
Oczy miał jasne, przejrzyste, cerę śnieżnobiałą, a włosy ciemnorude niby żar ogniska. Wśród swoich był księciem, paniczem o delikatnych, długich palcach pianisty i chłodnym umyśle. Nie miał w sobie współczucia, nie miał empatii – nie miał też okrucieństwa. Kierował się w życiu logiką, która raniła gorące, uczuciowe dusze.
Tak żywe, czarowne oczy nie powinny skrywać takiej natury.
Sprawiał ból, nie odczuwając go wcale.
Miał też siostrę, Zienę, piękną jak lodowy posąg, pięknością jakże inną od jego urody. Była ideałem, figurką z porcelany, nieskazitelnie czystą, niewzruszenie jasną, błękitną, jak bryły lodu w ubogich morzach północy. W nim iskrzyło się ciepło, którego nie posiadał, blask oczu, żywiołowość górskiego strumienia; w niej mróz skuł ciało, więżąc gorącą duszę.
Kochała brata.
Żyli razem, a Kaedaver łamał kolejne serca, kolejne uczucia, które zmyliła jego powierzchowność. Tylko Ziena rozumiała naturę swego brata; i takiego, jakim był naprawdę, kochała.
Miała ogród. W ogrodzie posadziła drzewa magnolii, a wokół nich zasiała nasiona najróżniejszych kwiatów. Opiekowała się nimi z czułością, której nie mogła okazywać ludziom; ukochanymi z jej kwiatów były zaś magnolie, magnolie białe jak śnieg, białe jak lód.
Poza magnoliami, uczuciem darzyły ją jedynie koty.
Nadszedł jednak dzień, w którym życie Kaedavera, księcia ognistej ziemi, miało się nieodwracalnie zmienić. Tego dnia Kaedaver poznał Kieiyanę.
Kieiyana nie była nikim szczególnym. Nie była królewną, wiedźmą, ani nienarodzoną władczynią krain. Była wykształcona, zaradna i znała się na handlu; właśnie z tego ostatniego powodu w ogóle poznała Kaedavera.
Ale jej czarne oczy pozostały obojętne na ognisty urok Kaedavera. To go zafascynowało. Jego, a także Zienę, przyglądającą się uważnie młodej dziewczynie, jej długim, czarnym jak smoła włosom, jasnej cerze i oczom pozbawionym białek.
Oczy Kieiyana miała czarodziejskie – widziały więcej.
Dojrzały mróz i pustkę w duszy księcia.
Opłacił ją na wyłączność, zapłacił szczodrze, bo była tego warta. Obudziła też jego ciekawość. Ciekawość nie jest uczuciem – w przypadku Kaedavera była ledwie zainteresowaniem, zwróceniem uwagi.
Gdyby jednak nie była warta oferowanych pieniędzy, zapomniałby o niej. Nie pojmował sentymentów. Ona jednak miała oczy, które widziały dalej, a takich rzeczy nie wolno lekceważyć, nie wolno pomijać.
Gdy wracała z wypraw, mieszkała w pałacu mroźnego rodzeństwa. W wolnych chwilach przechadzała się pomiędzy regałami biblioteki Kaedavera, pieszczotliwie przesuwając dłońmi po grzbietach kolejnych woluminów; rozsiadała się w miękkich fotelach, zagłębiając się w lekturze grubych ksiąg o skórzanych okładkach. Czasem zaś uczestniczyła w wykwintnych ucztach Kaedavera, obserwując jak powierzchowność ognistego księcia, jego przejrzyste, jasne oczy i ruchliwe usta rozsiewały czar pośród zgromadzonych.
Zaczynała rozumieć dysharmonię jego natury. A wraz ze zrozumieniem, z przerażeniem odkrywała swe rosnące przywiązanie.
Pewnego dnia Kieiyana odwiedziła Zienę w ogrodzie.
- Co jest w sercu twego brata? – zapytała.
- Lód – odpowiedziała Ziena, nie odrywając oczu od pielęgnowanych kwiatów.
- Dlaczego tak jest?
Ziena odwróciła się, trzymając w dłoniach zaklęty kwiat magnolii.
- Tacy jesteśmy – powiedziała, podając go Kieiyanie. – Nigdy nie zwiędnie.
Nachyliła się nad kolejną rośliną, otulając czule swoim dotykiem.
- Nie roztapiaj tego lodu – odezwała się, gdy Kieiyana zamierzała wyjść. – Tam nie ma nic więcej. Nic, co można rozmrozić.
Okrutny jest świat bez uczuć, okrutny i krzywdzący, gdy rozbija ludzką wrażliwość, a długie, ostre igły obojętności stają się zarzewiem bólu. Chłód nie pojmuje krzywdy, którą potrafi wyrządzić. Nie rozumie bólu ani cierpienia. Nie zna mąk wątpliwości.
Świat słyszał o ognistym księciu Kaedaverze, którego serce było zimne jak lód. Podróżni opowiadali przy ogniskach o sekretach jego mroźnej duszy; bardowie śpiewali o Zienie, zimnej pani białych magnolii, o Kaedaverze i jego jasnych oczach. Kieiyana nie lubiła tych pieśni.
Pieśni kłamały.
Kieiyana raz jeszcze odwiedziła Zienę.
- Czemu go kochasz?
- Nie kocha się za coś. Jeszcze tego nie wiesz? – odpowiedziała Ziena, przechodząc obok dziewczyny.
Ostatecznie Kieiyana musiała się przyznać przed samą sobą, że stało się to, czego się obawiała najbardziej. Zakochała się w Kaedaverze.
A serce Kaedavera stawało się coraz zimniejsze, lód w jego sercu coraz twardszy, przejrzysty jak szkło, bo nie było w nim nic.
Pokochała go takim, jakim był naprawdę. Nie łudziła się, nie tworzyła nierealnych marzeń. Tak się stało, zatem żyła z tą świadomością, pracowała dalej; może bardziej altruistycznie, może z większym oddaniem.
Aż pewnego dnia Kaedaver słyszał ją, nie będąc widzianym, gdy nadchodził parkowymi alejkami. Rozmawiała z kupcem, jednym z bogatych, mieszczańskich panów, z którymi prowadziła interesy swego księcia.
- Zawzięcie się targujesz, pani Kieiyano. Warto aż tak się trudzić? To nie twój zysk, moja pani.
Przypadek zdarzył, że odpowiedziała szczerze.
- Jestem przywiązana do księcia Kaedavera. Zaofiaruję mu tylko to, co nieskazitelne.
Serce Kaedavera było zimne jak lód, zsiniałe od chłodu duszy, a przez to z biegiem czasu stało się delikatne na wzór szklanej rzeźby. Coś pozwoliło mu odnaleźć sens słów Kieiyany; może tembr jej głosu, może spojrzenie; może powieści, które przeczytał. Cokolwiek by nie stało się przyczyną, cieplejszy wiatr jej uczuć zawiał przez jego duszę…
Odwróciła się z przestrachem, a ich spojrzenia spotkały się. W bezdennie czarnych oczach Kieiyany strach mieszał się z czułością.
Ale jego biedne, lodowe serce nie wytrzymało ożywczego tchnienia. W tym samym momencie pękło na tysiąc kawałków, rozsypując się po parku w deszczu kruchych odłamków. A każdy z okruchów stał się kwiatem, drobnym kwiatem o przejrzyście niebieskich płatkach, niebieskich jak oczy i serce Kaedavera.
I tylko krzyk Zieny przeszył powietrze.

skomentuj (1)


Zapisane historie
I. Faërie
Serce Kaedavera

II. Tu i teraz
Dream is so close to me

III. Tu, być może
Dramatis personae
*
**

O mnie: Airel. (Próbując nasłuchiwać szeptów)

Inne światy
Miya
Directions of Destiny
Inverloch
Mei
oraz
Ihaaa
Lill
Satine


Szablon popełniła Miya,
a zdjęcie - Violet Kleinert